|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Bankowość
Finanse osobiste
Inne
ZobowiązaniaRazemPozytywy |
czwartek, 07 stycznia 2010
Fundusz awaryjny
Na początku nie planowałem tworzenia funduszu awaryjnego już teraz. Wiem, że powinienem, ale moje comiesięczne wydatki na spłaty zobowiązań nie pozostawiają zbyt wiele swobody. Zmieniłem jednak zdanie, założyłem rachunek oszczędnościowy i wpłaciłem nań pierwsze 100 PLN. Dlaczego?
Na "dobry początek" zamierzam uzbierać 10.000 PLN. To zaledwie jest ciut więcej niż moje miesięczne obciążenia - czyli niewielki tylko margines na ewentualne życiowe ryzyko, ale od czegoś trzeba zacząć. Po osiągnięciu tego celu ocenię na nowo swoją sytuację finansową i zdecyduję co dalej. Aby utrzymać dyscyplinę budżetową we wpłatach na fundusz awaryjny, zamierzam:
Mój rachunek oszczędnościowy w Multibanku jest oprocentowany 4,30% w skali roku. Wiem, że są lepsze opcje, ale tu przekładam wygodę korzystania nad poziom zysków - różnice teraz na początku są w zasadzie pomijalne, a w tym banku mam swoje podstawowe konto, linię debetową która mnie w nim trzyma, wszystkie zlecenia stałe itd. Z innych newsów:
poniedziałek, 04 stycznia 2010
Co zrobić z kartą kredytową, część II
Ja swoją połamałem, bo akurat nie miałem pod ręką nożyczek ani prasy do wycinania kostek do gitary. OK, żarty na bok. Na serio, najmądrzejszą rzeczą jaką można zrobić z kartą kredytową, to przestać jej używać. Zniszczyć i wyrzucić. Ale uwaga, ponieważ do dokonania transakcji wystarczy sam numer karty, to nie kuśmy losu i nie wynośmy kosza ze śmieciami przed wykonaniem telefonu do banku i likwidacją karty. Karty, a nie związanej z nią umowy, bo to drugie wymagałoby uprzedniej spłaty całego salda zadłużenia. Karta kredytowa to najprawdopodobniej najdroższy, najbardziej bezsensowny wydatek w budżecie uwikłanego dłużnika. Uruchamiając metodę kuli śniegowej najlepiej zacząć właśnie od niej. W moim przypadku sprawa jest prosta - saldo karty kredytowej jest jednocześnie najniższym z moich sald kredytowych, więc idealnie pasuje do umieszczenia na początku listy. Oprócz tego, dokładnie przyjrzałem się wyciągom z rachunku karty. Oto, co tam odkryłem: Miesięczna opłata za udostępnienie i obsługę karty: 6,90 Ponieważ w każdym miesiącu staram się wpłacić 200 PLN na rachunek karty, to jak łatwo policzyć, ponad 1/5 tej kwoty do tej pory marnowała się. Nie potrzebuję tych ubezpieczeń, ich rolę ma spełnić fundusz awaryjny. Z powyższej listy pierwszą i ostatnią opłatę udało się anulować telefonicznie, razem z likwidacją karty. Dwie pozostałe wymagały wysłania faksu do Biura Obsługi Klienta i przeczekania miesięcznego okresu wypowiedzenia. Pluję sobie jedynie w brodę, że nie zwróciłem na to uwagi wcześniej. Z pewnością byłbym już dużo bardziej do przodu ze spłatą tego zobowiązania... Radzę zwrócić uwagę, czy koszt obsługi karty kredytowej nie jest sztucznie podbity przez dodatkowe opłaty, których można łatwo uniknąć. Spłacane pieniądze, zamiast pracować na korzyść obniżenia salda, mogą się u Was, tak jak i u mnie, marnować. Co zrobić z kartą kredytową?
Krótka zapowiedź następnej notki:
niedziela, 03 stycznia 2010
Metoda kuli śniegowej
W poprzedniej notce zapomniałem dodać jednej bardzo ważnej rzeczy do wymienionych sposobów realizacji mojego planu. A mianowicie: "ŻADNYCH NOWYCH DŁUGÓW". Choćby się waliło i paliło, choćbym musiał znów jeść kanapki z dżemem i odmawiać sobie wszytkiego - nie zadłużę się już bardziej niż jestem. Jedyne dopuszczalne nowe kredyty mogą być przeznaczone na refinansowanie już istniejących - z zastrzeżeniami opisanymi poprzednio. OK, skoro to mam za sobą, to do rzeczy. Swoje "wychodzenie z dołka" chcę oprzeć przede wszystkim na bardzo skutecznej "metodzie kuli śniegowej". Jak to działa? Metoda kuli śniegowej polega na przyspieszonym spłacaniu swoich kredytów za pomocą nadwyżek, jakie pozostają na koniec miesiąca. Naprawdę skuteczna się staje w połączeniu z oszczędnym życiem, które sprzyja pojawianiu się takich nadwyżek. Składa się ona z kilku prostych kroków:
Na co warto zwrócić uwagę: Po pierwsze, każdy spłacony dług sprawia, że przyspieszenie spłaty kolejnego będzie większe. Narastające przyspieszone spłaty przypominają powiększającą się, rozpędzoną kulę śniegową - stąd nazwa tej metody. Po drugie, większość banków zalicza nadmiarowe wpłaty na poczet kolejnej raty (kapitałowo/odsetkowej) co jest dla nas niekorzystne. Czasem wręcz taka kwota jest przechowywana na koncie technicznym i w ogóle dla nas nie pracuje. A zależy nam przecież, żeby nadpłata została zdjęta z pozostającego do spłaty kapitału, co zaoszczędzi nam czasu i pieniędzy na spłatę odsetek. Aby tak się stało, na ogół trzeba złożyć w swoim banku każdorazowo odpowiednią dyspozycję. Jak to jest w przypadku konkretnego banku i konkretnego produktu kredytowego, najlepiej dowiedzieć się bezpośrednio u źródła. Po trzecie, zaczynając od najmniejszego długu, szybko możemy zaobserwować zmniejszenie ogólniej liczby "rachunków do zapłacenia". To ma duże znaczenie psychologiczne, nie można go nie doceniać. Po czwarte, w uzasadnionych przypadkach można zamienić kolejność spłat kredytów. Często bywa tak, że któryś z nich jest dla nas szczególnym obciążeniem psychicznym - np. męczy nas świadomość, że był zupełnie niepotrzebny, albo jest koszmarnie wysoko oprocentowany. W takim przypadku można zaufać intuicji, jeżeli sprawi to, że będziemy mniej zestresowani. W moim przypadku zabieram się w pierwszej kolejności za spłatę karty kredytowej, a następnie za kredyt w AIG (kredyt w Eurobanku (EB) ma niższe saldo, ale ten w AIG jest dużo droższy i znacznie więcej mnie kosztuje co miesiąc). Spłacenie karty kredytowej uwolni dodatkowe 200 PLN miesięcznie na poczet spłacania AIG, a gdy skończę i z tym kredytem, sumaryczna nadwyżka będzie wynosiła ok. 570 PLN. To już całkiem ładnie. W czerwcu tego roku do nadwyżek dołączy 100 PLN z kredytu konsupcyjnego w GE który zgodnie z umową spłacę do końca w maju, natomiast od sierpnia dojdzie dodatkowe 600 PLN, którego nie będę musiał już płacić na przedszkole. To będzie wielki oddech i bardzo przyspieszy dalsze spłaty... Jednocześnie, niezależnie od kuli śniegowej, muszę poradzić sobie ze spłatą zaległych mandatów (1.500 PLN) i choć połowy długu względem mojego kolegi (całkowita kwota - 7.000 PLN). Zamierzam, w miarę możliwości, wykorzystać na to przychody z dodatkowych zleceń. Przy okazji, jeżeli szukasz:
a także chcesz aby to Twoja satysfakcja była priorytetem dla wykonawcy tych usług, to skontaktuj się ze mną pod adresem wyjsciezdolka małpka gmail kropka com. Z przyjemnością pokażę Ci przykłady tego, co potrafię. Cel i strategia
OK, opisałem już gdzie utknąłem, teraz opiszę jak zamierzam się stąd wydostać i gdzie dojść. Najpierw moje cele. Jak wiadomo powinny się one charakteryzować cechami opisanymi skrótem SMART (ang. bystry; mądry; sprytny; zaradny). S - Specific, czyli ścisłe, konkretne. M - Measurable, czyli dające się zmierzyć. A - Attainable, czyli możliwe do osiągnięcia. R - Relevant, czyli związane z tematem przewodnim. T - Time-bound, czyli określone czasowo. Zatem, do dzieła. Na najbliższy rok lista jest prosta:
Zadanie o priorytecie 0 będę się starał wykonywać na bieżąco bez względu na wszystko. Będę zadowolony z efektów jeżeli uda mi się spełnić założenia o priorytecie 1, będę bardzo szczęśliwy jeżeli uda mi się również spełnić priorytet 2. Cele długoterminowe:
Jak zamierzam zrealizować wymienione cele:
Zatem, do dzieła... Przy okazji, jeżeli szukasz:
a także chcesz aby to Twoja satysfakcja była priorytetem dla wykonawcy tych usług, to skontaktuj się ze mną pod adresem wyjsciezdolka małpka gmail kropka com. Z przyjemnością pokażę Ci przykłady tego, co potrafię. Jak ja wlazłem w to bagno?
Bardzo łatwo. Wystarczyła wybuchowa mieszanka pewności siebie, kilku tłustych lat, przyzwyczajenia że "nigdy na nic nie brakowało", bezczelnego przekonania że jestem lepszy od moich rówieśników i muszę to pokazać, oraz prostej, lecz skutecznej, głupoty. Mam pewne wytłumaczenie - rzeczy, o których będę tu pisał, nikt mnie nigdy nie nauczył. Moi rodzice, wychowani w realiach PRL-u, nie mieli pojęcia o zarządzaniu finansami osobistymi. Dla nich kredyty (na ich szczęście nieduże, rozsądnie moderowane) stały się jedynym sposobem na uzyskanie dostępu do różnych dóbr - takich jak nowy telewizor, meble, czy choćby niedrogi samochód (zakupiony z linii debetowej w koncie). W szkołach też nikt nie uczy młodzieży tego, jak rozsądnie korzystać z dostępnych na rynku metod finansowania. Istnieje kilka książek poświęconych tym tematom, ale kto je czyta? Na pewno nie czułem, że ja powinienem do nich zajrzeć. W końcu, po co? W wieku lat 17 zarabiałem swoje pierwsze pieniądze na zleceniach. W wieku lat 20 studiowałem i jednocześnie radziłem sobie z pracą na etacie, w dużej spółce informatycznej w której zarabiałem ponad 2.700,00 PLN na rękę, i to mimo występowania słowa "stażysta" w nazwie - co dla wielu moich kolegów było pieśnią dalekiej przyszłości. Mając 21 lat wziąłem ślub, krótko potem kupiłem mieszkanie. Nie miałem wówczas ani grosza. Nikt mi nie pomógł - ani moi, ani mojej żony rodzice nie byli w stanie. Odrobinę pieniędzy udało się odłożyć z prezentów ślubnych, wystarczyły akurat na opłaty wstępne - pełną kwotę 82.000 na 40-metrowe mieszkanie uzyskałem z kredytu. Tak, to były pięknie czasy - dwupokojowe mieszkanie w centrum miasta można było zakupić za kwotę, która dziś ledwie wystarczy na kuchnię i łazienkę. Z czasem moja rodzina zaczęła się powiększać. Gdy w drodze było trzecie dziecko, wraz z żoną podjęliśmy decyzję o zakupie większego mieszkania. 4 pokoje, ponad 90 metrów, dwa tarasy, parking podziemny, cena troszkę ponad 270.000,00 zł. Kredyt hipoteczny wzięliśmy we franku szwajcarskim. Urządzenie mieszkania sporo kosztowało, same zyski na różnicach kursowych nie wystarczyły (CHF w tamtym czasie zyskiwał na wartości, więc z każdą transzą kredytu dostawałem kilka tysięcy PLN "gratis" z nadwyżek względem tego, czego oczekiwał developer). Podłogi, meble, samochód. Comiesięczne stałe opłaty wzrastały: utrzymanie mieszkania, internet, kablówka, komórki, ZUS (prowadziłem wtedy swoją działalność), obsługa kredytów. Wynajęcie kawalerki na biuro, ponieważ nie byłem w stanie pracować gdy w domu były małe dzieci. Ani się obejrzałem, kiedy miałem około 50.000,00 PLN w różnych drogich kredytach konsumpcyjnych, gotówkowych i w wykorzystanej linii debetowej w koncie. Wszystko to zaczęło być coraz większym obciążeniem dla domowego budżetu. Wtedy podjąłem pierwszą decyzję o konsolidacji i refinansowaniu długów. Poszedłem do kolejnego banku i podpisałem umowę. Do jednego worka wrzucono mój dotychczasowy kredyt hipoteczny, wszystkie kredyty konsumpcyjne i gotówkowe, limit w koncie. Rata hipoteczna wzrosła, ale sumarycznie obciążenie znacznie zmalało, pojawił się względny spokój. Spokój nie trwał długo. Dwóch moich klientów zbankrutowało, nie zobaczyłem pieniędzy za w sumie 4 i pół miesiąca pracy. Przez następne 3 miesiące gorączkowo poszukiwałem pracy na etacie, która przywróciłaby mi nieco stabilności. Bieżące potrzeby finansowałem na początku utworzonym podczas konsolidacji funduszem rezerwowym, ten jednak szybko się skończył... potem ruszyły ponownie kredyty gotówkowe. Kiedy sytuacja ustabilizowała się, ponownie miałem kilkadziesiąt tysięcy długów i napięty do granic wytrzymałości miesięczny budżet. Kolejna decyzja o kolejnej konsolidacji zadłużenia. W tym momencie jedynym bankiem, który chciał jeszcze ze mną o czymś gadać, był DomBank. Najdroższy chyba bank hipoteczny w tym kraju - ale wyjątkowo pobłażliwy dla nierozsądnych kredytobiorców. W chwili niezrozumiałego dla mnie do dziś amoku, razem z konsolidacją wziąłem solidną kwotę gotówki którą przeznaczyłem na zakup drogiego auta klasy S (ponad 40.000 PLN). Co z tego, że sumarycznie, wliczając i ten zakup, płaciłem o ponad 1.000 zł mniej niż przed konsolidacją kredytów - to i tak była jedna z najgłupszych decyzji jakie zrobiłem. A potem poszło już z górki. Moje małżeństwo zaczęło się sypać (z powodów nie związanych z finansami, których nie będę tu poruszał). Wyprowadziłem się do wynajętego mieszkania. Jednocześnie ruszył kryzys finansowy, a wraz z nim złotówka zaczęła tracić na wartości. Koszt obsługi kredytu hipotecznego wystrzelił w górę. Pracowałem wciąż na etacie, jednak wpadłem na "genialny" pomysł zakupu elektroniki w Hong Kongu i sprzedaży z dużym zyskiem na Allegro w celu odrobienia strat. Odwiesiłem działalność gospodarczą, wziąłem spore kredyty - w sumie ponad 80.000 zł - i złożyłem "bardzo korzystne" zamówienie. Pieniędzy nigdy już nie zobaczyłem, podobnie jak towaru... Próby ścigania oszustów nie dały żadnych efektów. W tym momencie moje stałe wydatki przewyższały już zarobki. Czasem pojawiały mi się dodatkowe zlecenia i byłem w stanie podreperować kilka ostatnich miesięcy, a także zapewnić sobie płynność na miesiąc lub dwa do przodu. Czasem okres był gorszy, kulinarnie nie wychodziłem poza kanapki z dżemem, gorączkowo poszukiwałem zleceń w internecie. W końcu podjąłem decyzję o przeprowadzce do mojego starego pokoju u rodziców... Sprzedałem też samochód - w sytuacji panoszącego się na rynkach światowych kryzysu nie mogłem zdobyć żadnych dodatkowych zleceń. Miałem na koncie po 4 niezapłacone raty w kredytach z banku Millenium (M1 i M2, patrz poprzedni post). Z dużym wysiłkiem udało mi się sprzedać auto za 30.000 PLN i załatać bieżące dziury. Nieco ponad pół roku później jestem w sytuacji opisanej w poprzednim poście: finansowo jest stabilnie, bieżące przychody pokrywają bieżące wydatki, jednak na nic więcej nie mogę sobie pozwolić. Każdy nieprzewidziany wydatek, choroba obniżająca wynagrodzenie, cokolwiek niespodziewanego - burzy mój zapięty na ostatni guzik budżet. Ale tak czy inaczej jest to dobry punkt wyjścia. Już nie wydaję więcej niż zarabiam, przestałem finansować spłaty kredytów kolejnymi kredytami. Pierwszy krok za mną... ale jeszcze długa droga przede mną. Przez długi czas nie mogłem dojść do siebie, czułem się upokorzony. Jeszcze kilka lat temu miałem wrażenie, że jestem panem swojego życia... że mogę wszystko, a moje finanse są w idealnym stanie. Na dzisiaj wiem jedno - najtrudniejsze za mną. Uświadomienie sobie problemu, własnych błędów, powiedzenie sobie "stop", przemyślenie opcji i drogi do przodu - to niebywale trudna zmiana sposobu patrzenia dla kogoś, komu zawsze "wszystko wychodziło". Lub tak mu się po prostu wydawało... Kolejna notka będzie o tym, jaki mam cel i jaki plan dojścia do niego. Miłe złego początki...
Nowy rok, nowy blog. Dla mnie ten rok upłynie pod hasłem porządkowania swoich finansów, o tym też będzie ten blog. Dlaczego? Od dawna przelewanie słów na ekran ułatwiało mi porządkowanie myśli, formułowanie argumentów - lub kontrargumentów - do tego, co czułem intuicyjnie. Zbyt często przejechałem się postępując po prostu "na czuja", dlatego potrzebuję miejsca gdzie będę mógł się trochę pozastanawiać na głos. Dodatkowo, część z tego co tu opiszę może być przestrogą dla czytelników. Inne rzeczy mogą się okazać dobrą poradą. Czy tak będzie? To się okaże. Czy strategie, które obmyślę lub znajdę, będą dobre, pokaże czas a ja swoimi doświadczeniami tu zaświadczę. Ktoś może zapytać, dlaczego tak szczegółowo prezentuję tu stan swoich finansów. Odpowiedź: z kilku powodów. Po pierwsze, czuję się wystarczająco anonimowy żeby to zrobić. Po drugie, nie widzę sposobu żeby ktoś, kto odkryje moją tożsamość, był w stanie mi jakoś zagrozić - w końcu, jak wyniknie z dalszych tekstów, nie mam nic co można by mi jeszcze zabrać. Po trzecie, chcę udokomentować (głównie dla samego siebie) postępy w tytułowym wychodzeniu z dołka. Po czwarte, będę szczęśliwy, jeżeli kogoś czegoś nauczę - choćby rozsądku w kwestii zarządzania finansami osobistymi. Nie przeszkadza mi bycie tzw. "przykładem negatywnym". Zaczynajmy zatem. Krótki inwentaż stanu zastanego:
Jak można łatwo podsumować, moje stałe wydatki oscylują w granicach pomiędzy 8.850,00 do 8.950,00 - w zależności od kursu CHF wpływającego na spłatę kredytu hipotecznego. W tej perspektywie zarobki w wysokości 9.000,00 PLN niewiele pozostawiają w kieszeni... Suma mojego zadłużenia to 154.593,03 PLN oraz ok. 212.000,00 CHF, czyli na dziś kolejne 627.500,00 PLN. W kolejnych notkach opiszę:
Ewentualnych czytelników (będą tacy w ogóle?) proszę o nie ocenianie. Wiem gdzie zrobiłem błędy i mam zamiar szczegółowo je opisać. Najważniejsze, że chcę naprawić swoją sytuację i wydaje mi się, że wiem jak to zrobić. Jeżeli macie jakieś komentarze, podpowiedzi, propozycje, pytania - zapraszam do komentowania. |